Wpisy

  • czwartek, 06 lutego 2014
    • Koriolan - próba pióra

      „Jak nie dostaniesz wejsciowki i bedziesz chora to Cie osobiscie stluke” – sms z babciną pogróżką przyszedł na pół godziny przed otwarciem kas. Zdobyłam bilety, zdrowie zachowałam, a Babcia powitała mnie następnego dnia pyszną szarlotką i, oczywiście, pytaniem, które słyszy każdy, kto przez pół nocy i poranek czeka na wejściówki do któregoś z londyńskich teatrów: WARTO BYŁO?

      Podczas zeszłorocznego pobytu w Londynie tylko dwa razy czekałam pod teatrem: 2. maja na sztukę „Peter & Alice” z Benem Whishawem i Judi Dench, 29. maja na „Othella” z Adrianem Lesterem i Rorym Kinnearem (oraz innymi zachwycającymi aktorami). Czekałam krótko, bo od 6:30 i 7:00, a co najważniejsze, czekałam w maju. Było chłodnawo, ale nie padało. Tym razem, żeby załapać się na dobre miejsce w kolejce, musiałam przybyć już o godzinie 22, czyli zanim skończył się poprzedni spektakl „Koriolana” – w dodatku, wcale nie byłam pierwsza! Przede mną przybyły Sofia i Elin ze Szwecji, Daniela z Chile i przemiła dziewczyna z Korei Południowej, której imienia za Chiny nie zapiszę. O drugiej w nocy przyszedł mnie zmienić Alexander poznany w zeszłym roku w Newman House (katolickim domu studenckim niedaleko mojego Paramount Court), więc mogłam pobiec do hostelu, żeby się ogrzać i zdrzemnąć choć chwilkę. Po czterech godzinach znowu nastąpiła zmiana warty.

      To była prawdziwie angielska, deszczowa noc. Na ulicach leżały trupy parasoli, a ja dziarsko maszerując Oxford Street miałam nadzieję, że pożyczona parasolka, przy każdym silniejszym podmuchu wywracająca się na drugą stronę, nie podzieli ich losu… Szczęśliwa pierwsza piątka siedziała we wnęce wejścia do teatru: na schodku, pod zadaszeniem – tu nie nam groziły wiatr ani deszcz. Czas płynął bardzo szybko. Rozmowy z innymi oczekującymi i z przechodniami ciekawymi, co to za zgromadzenie, wyprawy do McDonalda (herbata!), a potem obserwowanie pracowników Donmar House, którzy już szykowali się do otworzenia przed nami podwojów teatru.

      CIRCLE, rząd B, miejsce 5

      Kiedy po pierwszej części Alexander zapytał, jak mi się na razie podoba, powiedziałam mu, że sztuka jest bardzo fajna, ale liczę na więcej. Cieszyłam się, że udało nam się dostać bilety i teraz siedzę w teatrze na sztuce, na którą czekałam, odkąd usłyszałam, że ma być wystawiona (czyli mniej więcej od roku). Podobała mi się skromna scenografia: mur pokryty hasłami wypisanymi przez niezadowolonych plebejuszy i drabina prowadząca na mury miasta, od którego Kajus Marcjusz po krwawej walce weźmie swój przydomek. Sprawiał mi przyjemność sam fakt, że oto siedzę w londyńskim teatrze na sztuce Szekspira. Ach, i muszę przyznać, że miałam też frajdę z zerkania na Unę Stubbs i Helenę Bonham-Carter siedzące na widowni.

      Myślę, że słuchanie muzyki nauczyło mnie rozróżniać emocjonalny odbiór utworu jako całości i rozumową analizę jego poszczególnych elementów. Odkąd obejrzałam „Koriolana”, próbuję sobie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego nie byłam zachwycona, dlaczego tylko patrzyłam, a nie przeżywałam. Może dlatego, że przez cały czas miała we mnie miejsce konfrontacja przedstawienia z moimi oczekiwaniami? „Coriolanus” w Donmar House był pierwszą widzianą przeze mnie inscenizacją dramatu, z którym spędziłam wiele godzin przygotowując się dwa lata temu do pracy licencjackiej, a ostatnio także – magisterskiej. Ale przecież znałam „Otella”, „Burzę” czy „Wieczór Trzech Króli”, zanim poszłam je zobaczyć, i wcale nie zepsuło to mojego odbioru, czasem nawet było wręcz przeciwnie: wiedząc, co uczyni Maur, tym bardziej trzęsłam się ze strachu. Pomyślałam potem, że coś takiego mogli czuć pierwsi widzowie „Króla Edypa”.

      Czego zabrakło mi w „Koriolanie”? Spróbuję się zmierzyć z tym pytaniem, a zacznę od mojej ulubionej postaci, którą jest Wirgilia, żona Koriolana. Po pierwszej lekturze tekstu miałam ją za mało znaczącą bohaterkę, ot, biedną niewiastę, co to tylko potrafi zawołać „o niebiosa”, ale nie warto oczekiwać, że powie coś do rzeczy – od razu widać, że mamusia Wolumnia wybrała synkowi taką żonę, żeby nie stracić swojej pozycji w rodzinie. I rzeczywiście można stworzyć taką cichutką Wirgilię, o którą nikt nie dba, a sztuka pozostanie bez szwanku. Można też uczynić z Wirgilii perełkę – jedną z tych cudownych postaci Szekspira, które pojawiają się na scenie tylko na chwilę, żeby rozbawić, zasmucić, wprawić w zadumę, oczarować swoim wdziękiem; zachwycić i zniknąć, żeby ustąpić miejsca ważniejszym wątkom. Wirgilia zostaje pozdrowiona przez swojego męża jako „wdzięczne milczenie” („my gracious silence”), zresztą całkiem słusznie, bo nie wypowiada ona przy powitaniu ani jednego słowa, wiemy za to, że płacze. Za tym milczeniem może jednak kryć się ogromna siła. Kiedy teściowa wraz z przyjaciółką domu, patrycjuszką Walerią, starają się namówić Wirgilię do wyjścia z domu, młoda kobieta odmawia. Nie ma przy tym żadnych argumentów poza tym jednym: że czeka na męża i czekać nie przestanie. Scenę odwiedzin Walerii można rozegrać komediowo: przyszła jedna sąsiadka do drugiej, omawiają, co tam w świecie słychać, jak sobie radzą nasi chłopcy, a co tu szyjecie, jaki ładny wzorek, a jak się wnuczek chowa, oj, chyba w ojca się wdał, to może pójdziemy odwiedzić znajomą w połogu, warto z domu wyjść, zawsze jakaś rozrywka… NIE – brzmi odpowiedź nieugiętej Wirgilii. I nagle przestaje być tak miło i zabawnie. Ta, która za chwilę zostanie nazwana wdzięcznym milczeniem, rzeczywiście nie mówi wiele, bo na cóż słowa? Ona jest wierną żoną, która czeka. Waleria próbuje obrócić to w żart: „Chcesz być drugą Penelopą? Ale to, że Penelopa tyle naprzędła pod nieobecność Odysa, sprowadziło ponoć tylko na Itakę plagę moli”, ale w końcu musi przyjąć cichą, ale mocną odmowę.

      Ciekawą odmianą była dla mnie Wirgilia w wykonaniu Birgitte Hjort Sørensen, która zgodnie ze scenariuszem przez większość czasu milczała, jednak wcale nie była przy tym cicha i niepozorna, gdyż zdarzało jej się krzyknąć, a poza tym bardzo wiele wyrażała… czynem. Najbardziej oddane wielbicielki Toma Hiddlestona muszą ciężko znosić fakt, że oto jakaś Dunka kilka razy dziennie całuje ich ukochanego aktora, podczas gdy one nie mogą już nawet liczyć na autograf po przedstawieniu. Żeby nie było wątpliwości: rozumiem decyzję artystów i ochrony, żeby zrezygnować ze spotkań z fanami po przedstawieniu, żal było jednak patrzeć na ten spory, a potem stopniowo topniejący tłumek wyczekujący Toma. Byłam w sumie zdziwiona, że aż tyle osób nie przeczytało albo nie przyjęło do wiadomości oświadczenia, że autografy, przytulanki i zdjęcia z aktorem już się skończyły. A stało się tak być może dlatego, że niektóre zbyt uczuciowo związane z Tomem fanki próbowały okazać mu czułość, jakiej dopiero co doświadczał na scenie grany przezeń Koriolan, a było jej niemało. Może i Wirgilia z Donmar House nie umie przemawiać, ale na pewno umie całować i widać, że nieustraszony Rzymianin ma słabość do swojej małżonki i z trudem jej się opiera, kiedy ta przychodzi do obozu Wolsków jako błagalnica… W końcu jednak chęć zemsty na Rzymie zwycięża i Koriolan wyrywa się z objęć Wirgilii, tylko po to, by za moment ustąpić kobiecie, która ma na niego największy wpływ – Wolumni.

      O, mother, mother! What have you done?

      Ciekawostka nr 1: Słowa podobne do powyższych padają już w „Żywocie Koriolana” Plutarcha w rozdziale XXXVI: οἷα εἴργασαί με,  μῆτερ.

      Ciekawostka nr 2: W nieco wcześniejszych wersjach historii Koriolana, spisanych przez Liwiusza i Dionizjusza z Halikarnasu, to żona Marcjusza ma na imię Wolumnia, matka zaś – Weturia.

      Teraz pora na ciekawostkę o mnie: otóż po powrocie z Londynu skończyliśmy z bratem oglądać siedemnasty sezon amerykańskiego programu „Survivor”. W finale znalazło się trzech zawodników, ci zaś , którzy poodpadali w kilku poprzednich odcinkach, stanowili grono sędziowskie. Tuż przed rozdaniem głosów członkowie jury mogli zadać pytanie każdemu z kandydatów na zwycięzcę programu. Jedna z byłych zawodniczek powiedziała jednej z finalistek mniej więcej coś takiego: mam do ciebie pytanie. Jeśli odpowiesz na nie „tak”, to dostaniesz mój głos. Czy jeśli wygrasz milion dolarów w tym programie, wytniesz sobie struny głosowe?

      Mam nadzieję, że Deborah Findlay nie ma w rzeczywistości takiego głosu, że to tylko gra aktorska. Wolumnia jako taka nie jest zbyt przyjemną postacią, ale ta z Donmar House wzbudzała we mnie wyjątkową niechęć, między innymi przez swój sposób mówienia. To nie była silna odraza jak np. w przypadku Jagona w National Theatre, którego uznałam za najbardziej złowrogiego i podłego łotra spośród wszystkich stworzonych przez Szekspira, więcej, spośród wszystkich łotrów, jakich kiedykolwiek można było spotkać w teatrze. Chętnie przyjmę sugestie innych czarnych charakterów, którzy mogliby konkurować z Jagonem, jednak nie zapomnę uczuć, które wywołał we mnie paskudny, złowieszczy i przewspaniały Rory Kinnear.

      Wolumnia? To był po prostu niesmak. Widziałam przed sobą głupią kobietę, która z lubością powtarza swoje hasełka o tym, jak to wspaniale mieć syna walczącego na wojnie i zdobywającego chwalebne rany, a jak taki syn poniesie śmierć, to nawet lepiej, bo to wielki zaszczyt. Wydaje mi się, że nie przemawiają teraz przeze mnie moje dawne hipisowskie sympatie, które każą mi potępiać wszystko, co związane z wojną. Po tych kilku latach na filologii klasycznej jestem raczej przyzwyczajona do różnych mentalności i chyba potrafiłabym przyjąć punkt widzenia rzymskiej matrony dumnej z sukcesów syna na polu walki. Ta Wolumnia nie była jednak dumna, była tylko napuszona. A więc chodziła sobie wyprostowana i przemawiała tym swoim monotonnym głosem, przemawiała tak długo, aż osiągnęła, czego chciała. Ja też zgodziłabym się na wszystko, żeby ów drażniący timbre przestał ranić moje uszy. Zwłaszcza że Wolumnia, której się przeciwstawiano, potrafiła wpaść w histerię, a wtedy… Brrr, może i dobrze, że w końcu synek ustąpił i poszedł ładnie przemawiać do plebsu.

      Słowa „O, mother, mother! What have you done?” padają, kiedy Koriolan decyduje się spełnić ostatnią prośbę swojej matki, która błaga go o ocalenie Rzymu przed najazdem Wolsków (który jej synek miałby zresztą poprowadzić wespół ze swoim nowym kolegą, wodzem Wolsków, Aufidiuszem). Zanim usłyszymy owe słowa, możemy ujrzeć (jeśli siedzimy po właściwej stronie sceny, np. na balkonie w rzędzie B na miejscu 5), jak oczy Koriolana (czyli Toma Hiddlestona – ooooo, jakie to wzruszające!) napełniają się łzami. Całkiem jak na plakacie albo na poniższym obrazku:

      tpm

      Obrazek znaleziony na hiddlememes.tumblr.com

       

      Nic dziwnego, że Aufidiusz nazwie za chwilę Koriolana zwykłą beksą („boy of tears”).

      A ja się z nim całkowicie zgodzę.

       

      Koniec Koriolana

      Z góry spadł łańcuch, Tom-Koriolan został do niego przykuty i zawisnął głową w dół. Prawie jak Laurence Olivier w 1959!

      laurence

      Obrazek znaleziony na hollowcrownfans.tumblr.com

       

      Trochę krwi, ciemność, oklaski. Owacje na stojąco. Było mi wtedy strasznie przykro, tęskniłam za tym głębokim oddechem, który nabiera się po skończonym utworze, jakby wynurzając się z fikcji na powietrze rzeczywistości. Tym razem nie udało mi się zatracić w sztuce.

      Postać Koriolana może wzbudzać lęk. To jest ktoś, kto sam wchodzi do wrogiego miasta, wybija jego mieszkańców i wraca w chwale do ojczyzny. Ale potrafi też obrócić się przeciwko niej, aby dalej móc walczyć. Nie boi się bólu. Wydaje się, że nie ma własnych ambicji, a jego siła może zostać użyta w dowolnej sprawie – zależnie od tego, pod czyim wpływem znajdzie się Koriolan.

      Albo nieco inaczej: Koriolan rzeczywiście jest najlepszym rzymskim wojownikiem i zdaje sobie z tego sprawę. Pod fałszywą skromnością ukrywa swoje marzenie o tyranii. Jako szesnastolatek brał udział w obaleniu króla Tarkwiniusza Pysznego. Ale kto powiedział, że miał on być ostatnim królem? Wczesna republika jest słaba. Senatorowie znaczą coraz mniej, a głos plebsu jest coraz silniejszy, w niemałej mierze za sprawą nowo ustanowionych urzędników: trybunów plebejskich [dzięki, Elu!]. Bezwzględność Kajusa Marcjusza pozwoliła mu zajść prawie na szczyt, ale pycha i mściwość Koriolana sprawiły, że spadł on stamtąd w przepaść – i nie był to upadek ze Skały Tarpejskiej, na który chciał go skazać lud, ale upadek człowieka, którego dzieje opiszą zwycięscy wrogowie.

      Ale kto mógł się bać albo nienawidzić Koriolana o twarzy Toma Hiddlestona? No może i czasem jest on niemiły i trochę zbyt skory do bójki, ale któż nie ma wad? Przypomina się rozmowa pań rzymskich. Waleria mówi o gwałtowności młodego Marcjusza, na co Wolumnia z dumą zaznacza, że to charakter odziedziczony po ojcu, a nieco (jak się zdaje) zawstydzona Wirgilia próbuje wytłumaczyć synka: „Ot, żywy urwis” („A crack, madam”). No i mamy takiego milutkiego Koriolana, którego by się tylko chętnie przytuliło, żeby się nie martwił, że go nikt nie rozumie, bo my zawsze będziemy go kochać.

      Coś ty Rzymowi zrobił, Koriolanie?...

      Lud rzymski w przedstawieniu został ograniczony do czterech aktorów, którzy niekiedy odgrywali także inne role (niestety zmiana postaci nie zawsze była wystarczająco wyraźnie pokazana i przez chwilkę miałam dysonans poznawczy widząc panią Walerię wśród plebsu). Były napisy na murze, było zwielokrotnienie głosów, ale to mi nie wystarczało. Sztuki o władcach (nieistotne: przyszłych, obecnych czy niedoszłych) są wyjątkowe właśnie dlatego, że opowiadają nie tylko o losach jednostek wybijających się na tle społeczeństwa, ale wskazują też na wpływ ich poczynań na życie wielu ludzi. Hamlet ma trudną sytuację rodzinną i kłopoty z samym sobą – i to już jest interesujące, ale staje się jeszcze ciekawsze i głębsze, kiedy odkrywamy, że jego decyzje wpływają na losy całego państwa. Podobnie rozgrywki między Oberonem a Tytanią związane są z działaniami dotykającymi pozostałych bohaterów „Snu nocy letniej”, wcale początkowo nie związanych z elfim dworem królewskim.

      Doprawdy, chciałabym zobaczyć w tej sztuce wielogłowego potwora, który przeraźliwie ryczy domagając się, aby wreszcie otworzyć spichlerze zazdrośnie strzeżone przez senatorów. Pierwsi widzowie „Koriolana” (mam na myśli raczej tych na miejscach stojących) dobrze wiedzieli, czym jest niedostatek zboża, i pewnie sami w pewien sposób stanowili poszerzenie siłą rzeczy niewielkiego tłumku na scenie. Widzowie Donmar House, nawet jeśli niektórzy z nich spędzili ostatnią noc drzemiąc pod murem teatru, nie za bardzo mieli szansę poczuć się częścią głodnego ludu. Sama ani przez chwilę nie mogłam utożsamić się z głupimi plebejuszami, którzy dają się byle komu wodzić za nos. Raz wiwatują na część zwycięskiego wodza, za chwilę chcą go skazać na śmierć; posyłają go na wygnanie, a potem mówią, że to jednak szkoda. Oczywiście wielka w tym zasługa trybunów, którzy potrafili podejść nieświadomych Rzymian.

      Nie mogłam powtrzymać uśmieszku, kiedy Kajus Marcjusz przedstawił nowo obranych urzędników: Juniusza Brutusa oraz SYCYNIĘ WELUTĘ. Parka spodobała mi się jednak na tyle, że dałam się namówić na konwencję „Rzym na niby”. Kostiumy bohaterów były tylko stylizowane na starożytne, nikt nie mówi po łacinie, czemu więc się mam upierać przy męskiej obsadzie stanowisk politycznych? Roboczo nazwałam Brutusa i Sycynię Andersonem i Sergeant Donovan - mimo to byłam nieco rozczarowana, kiedy okazało się, że naszych trybunów łączy więź nie tylko polityczna. Naprawdę nie wiem, czemu kazano im się pocałować. I bez tego ich postacie były naprawdę pełne wyrazu: miałam przed sobą ludzi miernych, tchórzliwych, a przy tym niezwykle ambitnych i chciwych władzy. I jeszcze raz: jaka szkoda, że nie mogłam ich ujrzeć, jak radzą sobie z większą gromadą! Niestety, na scenie zmieściła się tylko namiastka populi Romani, a reszty za nic nie mogłam sobie wyobrazić.

      Mój bohater

      Podczas spektaklu „Peter & Alice” co kilka minut w mojej głowie rozbrzmiewały radosne komunikaty: „Właśnie oglądasz na scenie Judi Dench! Tak, to DAME JUDI DENCH. O, a teraz patrzysz na Bena Whishawa. Tak, to ten aktor, którego tak bardzo lubisz”. Z kolei na „Othellu” całkiem szybko zapomniałam, że mam przed sobą uroczego Adriana Lestera z serialu „Hustle” – widziałam tylko charyzmatycznego Maura, któremu wiernie towarzyszyłam aż do ostatniej sceny.

      Bywały momenty, kiedy Mark Gatiss był dla mnie Markiem Gatissem, zwłaszcza kiedy widziałam macierzyński uśmiech pewnej starszej pani w trzecim rzędzie na dole. I tak to Mark wykładał plebejuszom przypowiastkę o brzuchu, a Mycroft pouczał Koriolana, w jaki sposób powinien on zwracać się do ludu. Meneniusz zaczął się przebijać w scenach z Wolumnią.

      Ojcowsko-synowska relacja Meneniusza i Koriolana jest bardzo widoczna (choć nie wykluczająca więzi mistrz-uczeń czy stosunków przyjacielskich; interpretacja pozostaje otwarta), trochę mniej oczywiste jest natomiast to, co łączy Meneniusza z matką Kajusa Marcjusza. Czytając sztukę, można podejrzewać jakieś zaloty… Twórcy „Coriolanusa” zrezygnowali jednak z pójścia tym tropem i dzięki temu pokochałam tę postać.

      Meneniusz Marka Gatissa niczego nie chce dla siebie. Nie próbuje zbliżyć się do Wolumni przez swojego „syna”, wydaje się, że nawet nie bardzo zależy mu na korzyściach politycznych, jakie mógłby mu przynieść konsulat Koriolana. Jest przyjacielem i jest ojcem. Wobec Wolumni zachowuje pełen sympatii dystans (prześliczny dialog z liczeniem ran i wspólnie wypowiedzianym „twenty-five!”), Koriolana traktuje zaś początkowo trochę jak mentor, z czasem odsłaniając coraz więcej uczuć.

      Niczym echo pełnego gniewu „I banish you!”, które Koriolan kieruje do ludu wysyłającego go na wygnanie, brzmią słowa, którymi przegrany Meneniusz zwraca się do lżących go Wolsków: „I say to you as I was said to, ‘Away!’”. Coś mnie dławi w gardle, kiedy odprowadzam wzrokiem wychodzącego Meneniusza.

       

      To warto było?

      No jasne, że warto! Może i „Koriolan” nie był najwspanialszą sztuką, jaką widziałam, ale obejrzenie go na żywo było moim marzeniem. Bardzo obawiałam się całonocnego czekania, ale dzięki niezawodnemu Alexandrowi, wspaniałej kompanii i wielkiemu wsparciu rodziny, przyjaciół oraz mojego pana promotora, którzy zgodnie stwierdzili, że koniecznie muszę spróbować – udało się! Pojechałam do kochanego Londynu, który przyjął mnie z otwartymi ramionami (pierwsze ramiona należały do Moniki, z którą spotkałam się już na Baker Street – dziękuję Ci, że przyszłaś!), a potem spędziłam w nim kilka dni wypełnionych pięknymi spotkaniami z ludźmi i miejscami. Chętnie Wam o nich opowiem przy najbliższej okazji!

      Żuczek, który zawsze będzie powracał do Londynu

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Koriolan - próba pióra”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zuczek.london
      Czas publikacji:
      czwartek, 06 lutego 2014 11:54
  • piątek, 05 kwietnia 2013
    • Kwiatki

      - TAJEMNICZY OPIEKUN!!!!!! - wydarł się Żuczek podczas lektury prześlicznego wpisu Zwierza. Był to nie pierwszy okrzyk w ciągu ostatnich kilku minut, ale jak pohamować entuzjazm na wspomnienie kolejnych książek mojego dzieciństwa, które w dodatku okazują się ulubionymi książkami dzieciństwa mojej Ulubionej Blogerki?

      Mama: A może to nie jest tak, że Bekah cię nie lubi. Może ona po prostu się ciebie boi?

       

      ---------------

      Ciekawostka: Mama była pierwszą osobą odwiedzającą, której powitalna trasa nie biegła Tottenham Court Road i Charing Cross aż do Trafalgar Square. Zamiast tego krążyłyśmy po Bloomsbury, żeby w końcu dostać się do City.

       

      st sep

      St Sepulchre (to ten kościół od Johna Smitha z Virginia Company, dwa kroki od St Barts).


       

      st and

      St Andrew (możesz powiedzieć, że zdjęcie mi nie wyszło, ale możesz też powiedzieć, że jest oniryczne)

       

      Przed St Andrew wisiało ogłoszenie, które bardzo się spodobało mojej drogiej rodzicielce, gdyż brzmiało, jakby było skierowane właśnie do mnie (ex mente aliena!!). Zapobiegliwa Matka wzięła nawet ulotkę:

       

      list

       

       

      To nie jest normalne. Tego nie widać, ale kiedy robiłam poniższe zdjęcie, śnieg prószył radośnie. Soho Square:

       

      soho sq

       

      Reszta potem!

       

      -----------------

      Tak naprawdę to wiem, że moja współlokatorka mnie lubi: w kuchni czekała na mnie paczka czekoladowym króliczków z M&S i przemiły liścik! Miałam zamiar sfotografować króliczki, ale niestety:

      - otworzyłam paczkę

      - pożarłam pierwszego z brzegu króliczka

      - poszłam z Mamą na spacer

      - wróciwszy do domu, zastałam króliczki roztopionymi na słońcu

      - włożyłam króliczki do lodówki

      - wyjęłam króliczki z lodówki

      - stwierdziłam, że nie wyglądają już tak dobrze

      - pożarłam kolejnego króliczka

      - stwierdziłam, że nadal smakują tak dobrze

      - udobruchana, uznałam, że może są nieco płaskie, ale nadal ładne

      - nieroztropnie zostawiłam króliczki w szafce

      - króliczki zakwitły i jakkolwiek pyszne, nie nadają się do pokazywania.

      I to były ostatnie kwiatki na dziś!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Kwiatki”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zuczek.london
      Czas publikacji:
      piątek, 05 kwietnia 2013 13:54
  • sobota, 16 marca 2013
    • This week: Vaduz.

      Jak w tytule:

      vaduz

       

      Jak powszechnie wiadomo, jest u mnie Zwierz Popkulturalny, który w swojej mądrości zadecydował, że potowarzyszę mu w wyprawie do Tate Modern.

      CIOCIU, BYŁAM W TATE MODERN!!

      Obejrzałyśmy wystawy The Bigger Splash oraz Lichtenstein. Pierwsza nie bardzo mi się podobała, ale i tak znalazłam na niej coś ładnego:

      almeida


      Lichtenstein dużo ciekawszy, zwłaszcza w towarzystwie jego wielbicielki, która, mam nadzieję, opowie co nieco o tej wystawie w swoim wieczornym wpisie. Gdyby ktoś jakimś dziwnym trafem nie widział pozostałych wpisów londyńskich, to są one tu i tu.

       

      Był już Hobbit na ścianie, kołdra Keep Calm oraz Biblioteczka. Pora na biurko!

       

      biurko

       

      Tak wygląda południowo-zachodni kąt pokoju, w którym mieszkają dwie blogerki (scribo ergo sum!).

      Szczegóły:

      b1

       

      Objaśnienia:

      1. Korpanty! Kto ma taki słownik? Wpisujcie miasta!

      2. Dzieła dwóch młodych artystów; pozwólcie, że przedstawię je Wam w całej okazałości:

       

      Polska

       

      Antku i Jacku - serdecznie Wam dziękuję za te wspaniałe rysunki! Ich patriotyczny wydźwięk niezwykle wzrusza studentkę polską na obczyźnie.

       

      3. Kartka od Katarzyny Marii, która stwierdziła, że jest to mój londyński portret przewidziany przez artystę na ponad sto lat przed moją wyprawą! Bohaterka obrazu wygląda przez okno, zrezygnowawszy z lektury Owidiusza.


      kartka

       

      4. Kartka od Afrykandra dostarczona przez Zwierza. Przedstawia ona eggs-term-in-ate.

       

      b2

       

      5. Pudełko na chusteczki z Union Jackiem to nie to samo co chusteczki z Union Jackiem. (Prezent otrzymany w wyniku miauczącego "Tatusiuuu, a może kupisz mi takie piękne chusteczki?")

      6. Powiedzmy, że ta szóstka wskazuje kubek ukrywający się za laptopem-który-ma-na-imię-tak-samo-jak-kot-Holly-Golightly. Kubek jest darem od MŻiK i Nieletniej, a do Paramount Court przybył prosto z Science Museum, które jest pełne ciekawych eksponatów.

      7. Na koniec najmilszy prezent, który trafił tutaj wraz ze Zwierzem i kartką: prześliczny obrus i Napkins, dzięki którym naprawdę czuję się jak dziewczę z obrazu! DZIĘKUJĘ!

       

      I to już wszystko na dziś. Ściskam Was serdecznie i zabieram się za Owidiusza

      - Wasz Żuczek w Londynie

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „This week: Vaduz.”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zuczek.london
      Czas publikacji:
      sobota, 16 marca 2013 18:02
  • wtorek, 12 marca 2013
    • Ogłoszenie

      Nie jestem w stanie pisać bloga przynajmniej do 22. marca. Jestem wzruszona wyrazami życzliwości i prośbami o więcej wpisów. Mam już przygotowane zestawy zdjęć do dwóch wpisów: jeden byłby o manii żuka (S01E02, hasło: blue), a drugi o rzymskiej stronie Londynu, ale nie zdołałabym ich połączyć słowami, więc poczekają na lepsze czasy.

       

      Dwa dni temu przeczytałam "Daszeńkę" i dziwię się, czemu ta wspaniała książka nie jest jedną z lektur na wstępie do literatury wschodnioeuropejskiej. Bez przerwy każą nam czytać o cierpieniu, zdradzie, kłamstwie, a to tylko część naszej egzystencji i to taka, o której zazwyczaj się pamięta.

      "Zdaniem wielu zwierząt człowiek jest stworzeniem złym. Także i wielu ludzi tak twierdzi - ale ty w to nie wierz. Gdyby człowiek był zły, wy - psy - nigdy byście się z nim nie stowarzyszyły i do dnia dzisiejszego żyłybyście w stanie dzikim na stepach."

       

      Ściskam wszystkich Kochanych Czytelników i cieszę się niezmiernie, że z dużą częścią Was zobaczę się już niedługo!

       

      Na koniec coś, przy czym oczywiście nie mogłam przejść obojętnie:

       

      yellow car

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Ogłoszenie”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zuczek.london
      Czas publikacji:
      wtorek, 12 marca 2013 14:46
  • wtorek, 19 lutego 2013
    • Manie Żuka - S01E01 - Valentine

      ... albo Mania Domniemana - Sherlock.

       

      Zastrzeżenie: nie jestem Prawdziwym Fanem.

      1. Nie czytałam Kanonu.

      2. Nie widziałam pilota serialu.

      3. Przegrałam zakład co-powiedział-John-wręczając-Sherlockowi-swój-telefon (a przecież it's a primary school stuff - HOW can you not know that?).

       

      Uwaga: można mnie jednak nazwać maniakiem.

      1. Chodzę w deerstalkerze (podebranym mojemu drogiemu Ojcu).

       

      Takie tam z telefonu

      lustro

       

      2. Prawdziwi Fani zwykle biorą mnie za swoją ofiarę i chętnie mnie wyposażają w rozmaite ciekawostki.

      Napis na British Library

      british library

       

      3. ... a swój walentynkowy dzień postanowiłam spędzić na Baker Street!


      14 feb

       

      - Dinner?

      - Starving.

       

      dinner

       

      Do you include violin playing in your category of rows?

       

      violin

       

      Ogień w kominku cieszy. Biblioteczka cieszy. Poroże cieszy.

       

      rogi

       

      Niestety nie mogę na razie zgrać wszystkich zdjęć z domu Sherlocka, ale mam nadzieję, że jeszcze uda mi się wrócić na Baker Street w którymś z przyszłych wpisów. Na deser list:

       

      letter

       

       

      Bardzo dziękuję tym, którzy wytrwale zarażają mnie Sherlockiem, i tym, którzy wytrwale znoszą moje próby zarażenia ich Sherlockiem - czy kogoś pominęłam??

       

      ZAGADKA: Co się nie zgadza w powyższym wpisie? Podpowiem, że nie trzeba znać Sherlocka, aby znaleźć ową niezgodność. Kto pierwszy odgadnie, ten dostanie ładną pocztówkę z Londynu!

      Czytelnik Piotr już dostał swoją kartkę - TY możesz być następny.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „Manie Żuka - S01E01 - Valentine”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zuczek.london
      Czas publikacji:
      wtorek, 19 lutego 2013 23:34
  • sobota, 02 lutego 2013
    • Żucza biblioteczka

      gif

       

      Dawno temu obiecałam, że będę ujawniać kolejne kąty mojego pokoju. Dziś przyszła pora na kąt południowo-zachodni, zdecydowanie mój ulubiony:

       

      bibl

       

      Zdjęcie jest oczywiście pozowane. Na co dzień książkom wolno poruszać się swobodnie po całym pokoju. Układ na górnej półce ma odzwierciedlać system, wedle którego dokonywałam selekcji książek w Warszawie. Z niemałym żalem pożegnałam się z ukochanymi słownikami: z Kopalińskimi, z Little Liddellem, z Grimalem, ze słownikami polskimi, angielskimi, francuskimi, niemieckimi i szwedzkimi, z "Razem czy osobno", ze słownikiem terminów literackich, z małym Korpantym (rozłąka z tym ostatnim skończy się już jutro!). Ale wiem, że moje skarby na mnie czekają.

      Kiedy zamykam oczy, widzę swoje półki z powieściami (tych jest zdecydowanie najwięcej), półki z dramatem i poezją, z korespondencją literacką, z książkami o muzyce (ogromny dział beatlesowski!), o gotowaniu, o szyciu, o rysowaniu i o sztuce przekładu. Za kilka tygodni się spotkamy, przyjaciele.

      Wróćmy wszelako do półki londyńskiej:

       

      books

       

      NACIĄGANY A EFEKTOWNY SYSTEM SELEKCJI:

      - Sir Arthur Conan Doyle - obviously

      Biblia Tysiąclecia - jw.

      - biografia Charlotte Mew, która nie tylko mieszkała na Bloomsbury, ale i uczęszczała na UCL!

      - tu się zaczyna naciąganie... Tytuł oryginału brzmi "The Discarded Image"

      - Jane Austen "Emma"

      - "The Fellowship of the Ring"

      - nie byłam pewna, jaką książkę zabrać i w końcu stwierdziłam, że uzupełnię ten brak po przyjeździe. Na ratunek przybyli Asia i Jarek, którzy dali mi na przechowanie i dobry użytek... spacerownik londyński wydany przez National Geographic!

      - "The Hobbit"

      - "I Sonnetti" w oryginale i po włosku, które dostałam od zaprzyjaźnionej Sardynki (skromna, ale dumna reprezentacja półek szekspirowych)

      Julia Hartwig "Jasne nieJasne" - prezent gwiazdkowy z przesłaniem

      - John Keats

      Loathsome London - taki właśnie jest!

      - i jeszcze raz poetka Charlotte Mew, tym razem przemawiająca własnym głosem (zarówno biografia, jak i Collected Poems są prezentami od Ani, mojej niezrównanej towarzyszki teatralnej!)

      - "Tea & Conversation", autor: NN

       

      Czy mogę się cieszyć przywiezioną literaturą? Skądże! Każą mi tu czytać:

      - o komiwojażerze, który zamienił się w robala;

      - o żonie, która zabiła męża;

      - o synu, który zabił matkę, która zabiła jego ojca;

      - o boginiach ścigających syna, który zabił matkę, która zabiła jego ojca;

      - o siostrze ww. syna, która też ma chęć zabić matkę;

      - o tej samej siostrze, tylko innego autora;

      - o mężu, który został zabity "przez cienkich przedmiotów" (w dłoniach... jego żony i jej kochanka, uwierzycie?);

      - o piętnastoletnim węgierskim żydzie w obozie pracy.

       

      Ponadto czytuję fińską poezję w oryginale (nie szkodzi, że nie znam języka), mykeńskie inskrypcje, pompejańskie graffiti i przecudowne maile od rodziny i przyjaciół.

       

      A teraz zgodnie z zapowiedzią ruszam na podbój Zakazanej Planety, a zaraz potem - na fish & chips w towarzystwie ujętych tam istot z innego świata.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Żucza biblioteczka”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zuczek.london
      Czas publikacji:
      sobota, 02 lutego 2013 14:29
  • środa, 30 stycznia 2013
    • Wpis wtóry

      Kap, kap, kap. Trzy łzy spadły na dżinsy Żuka. Skasowałam prawie ukończony wpis. Nie było to arcydzieło literatury, ale i tak okropnie mi go żal.

       

      Pisałam w nim o właścicielu Speedy's,

      speedy's

      z którym ucięłam sobie sympatyczną pogawędkę. Zwrócił on uwagę na dwie istoty znajdujące się pod moją opieką. Jedna z nich miała na głowie deerstalkera (alias death frisbee), druga nie nosiła żadnych emblematów, ale jej roziskrzone spojrzenie zdradzało niemałą fascynację tym jakże zwyczajnym snack barem. Przyznałam się do obu niewiast, kiwając głową "o tak, Sherlock" (ciężkie przypadki).

      - No, właśnie wczoraj dzwonili do mnie w sprawie zdjęć...

      - O? - rzucił Żuk od niechcenia.

      - ... ale nie podają konkretnych terminów.

      - Marzec? - niechcenie wydało się cokolwiek wymuszone.

      - A może już i luty. To tajemnica, bo wystarczy, że jedna osoba napisze na Twitterze i już będą tu tłumy.

      - Dobrze, że tak blisko mieszkam - wysypał się Żuczek. - Eeee, bo studiuję tu obok.

       

      Właściciel wszystko pojął, uśmiechnął się serdecznie. Spytałam, czy to on jest Speedy. Powiedział, że ma na imię Chris, a jeden z kelnerów oczywiście musiał wtrącić: taaak, Speedy Gonzales!

      Wiedzcie, że CZUWAM.

       

       

      Kolejnym tematem, który poruszyłam było zamknięcie Pierwszego Tygodnia ze Stephenem Fry'em.

       

      stephen fry

       

      Zdjęcie nie oddaje tego, jak blisko siedziałyśmy: kilka metrów od sceny. Warto zwrócić uwagę na stonowaną czerń spowijającą łydki pana Fry'a. Dwie godziny później mogliśmy cieszyć oczy pończochami w kolorze kurczaczkowo-żółtym!

      Apollo Theatre jest prześliczny i układem przypomina The Globe. Zdjęcia sprzed dwóch tygodni:

       

      stage

      Tak wygląda scena z miejsc z "restricted view" (???) w Dress Circle (I balkon).


      audience

      Widownia Apollo Theatre (od dołu: Stalls, Dress Circle, Upper Circle, Balcony - tu widoczne zwłaszcza te środkowe).

       

      theatre

      Dla łatwiejszego ocenienia proporcji.

       

      Recenzji nie będzie (przynajmniej na razie). Chcę tylko powiedzieć, że jestem wielbicielką Szekspira od wielu lat: odkąd przeczytałam "Kłamczuchę" Małgorzaty Musierowicz. Minęło wiele czasu, zanim zrozumiałam, o co chodzi w "Hamlecie", ale nosiłam w sercu dialogi o rozmaitych interpretacjach tejże sztuki. Było to dla mnie coś niezwykle pięknego i wzniosłego. Sposób wypowiedzenia "Ależ m-mości książę!", kwestia chudych łydek Hamleta, Ofelia z wyimaginowanym kwieciem - tego się nie zapomina.

      Tak jak się nie zapomina podziwu dla łacińskich cytatów. Ani słowa, którego używa Homer na określenie kunsztownie ufryzowanych włosów.

      Jak dziwnie, że to wszystko sprowadziło mnie w końcu do Londynu...

       

      And whither now? A tu!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Wpis wtóry”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zuczek.london
      Czas publikacji:
      środa, 30 stycznia 2013 19:23
  • piątek, 25 stycznia 2013
  • środa, 23 stycznia 2013
    • Uczę się i miś!

      Tato! Jeszcze tu nie jestem miesiąc, a już wszystko wyrozumiem.

      Miasto - owszem, ale w telewizji ładniej wyglądało.

      Każą tutaj tylko czytać, no a czytać przecież umiem,

      Więc mnie niczym nie zastraszy ten uniwersytet cały!

       

      [Edit na życzenie, nie powiem czyje:] To nie ja, to Kaczmarski.


       

      Ja tu tak ładnie opowiadam o Londynie, ale nie wystarczy: pytają mnie o studia. A studiuję, studiuję. Trochę.

       

      Zajęcia obowiązkowe - SSEES

      Nie wiem, dlaczego filologia klasyczna podlega polonistyce. Wiem tylko, że pojechałam na podstawie jakichś szemranych umów, ale nie będę w to wnikać. W każdym razie wylądowałam w School of Slavonic and East European Studies. Wybór kursów był trudny, gdyż z powodu swojej niezbyt dużej wiedzy o Europie Wschodniej musiałam wyeliminować wszystko, co wiąże się z ekonomią, socjologią, historią i Rosją. The winners are:

       

      1. Introduction to East European Literature In Translation

      Każą tutaj tylko czytać...

       

      2. How Words Work: Meaning and Modularity

      Tutaj nawet czytać nie każą.

       

      Zajęcia obowiązkowe - Classics

      Kiedy składałam papiery na Erasmusa, stwierdziłam, że powinnam mieć Konkretne Zainteresowania, a że ich nie posiadam, wymyśliłam, że zostanę wielbicielką teatru antycznego. Droga Komisjo, dziękuję za docenienie mojej kreacji, bardzo się starałam. Ale właściwie, czemu nie, mogę wziąć ten kurs:


      3. Greek Tragedy

      Podczas tych zajęć miał miejsce mój debiut aktorski w Wielkiej Brytanii. Rosa, nasza prowadząca, życzy sobie niekiedy, żeby któryś ze studentów przeczytał na głos wskazane miejsce w tekście. Chętnych nie ma zbyt wielu. Uwielbiam czytać na głos, ale tym razem wolałam ustąpić pola Anglikom... Aż przyszła scena, w której mamy Klitajmestrę, Chór i Kassandrę.

      To była rola. O mojej Kassandrze się mówiło. Raz. Moja flatmate usłyszała o moim występie od swojej przyjaciółki, z którą się niedawno poznałam. Bekah przekazała mi pozytywną recenzję.

      - A czy Ellie mówiła ci, jaka była moja rola? Jaki miałam tekst?

      - Nie, nie mówiła.

      No właśnie. "O-o-o-o-oh! Horror! O Apollo! O Apollo!", a potem znowu to samo. Żałowałam tylko, że czytamy z ławek, bo chętnie dodałabym nieco miotania się i rwania włosów z głowy.

       

      4. Ovid

      Łacina dla równowagi.

       

      Zajęcia nadobowiązkowe

      Żeby nie uschnąć z tęsknoty za GHJG i GHJŁ.

       

      5. Mycenaean Greek

      oraz

      6. The History of the Latin Language

       

      Najlepsze zajęcia! Jedne i drugie prowadzone są przez Stephena Colvina. He is not only brilliant. He is terrific.

      Pierwszą godzinę poniedziałkowych zajęć z greki mykeńskiej spędziliśmy w British Museum! Co prawda, okazało się, że część z interesującymi nas tabliczkami jest zamknięta,

      więc ostatecznie obejrzeliśmy trochę ceramiki i biżuterii, a także pourywane nóżki i rączki mykeńskich barbie, a potem poszliśmy do części kawiarnianej. Ach, przypomniało się studiowanie w Warszawie!

      Nasz drogi wykładowca nie tylko obdarował nas kserówkami przedstawiającymi tabliczki (które były tak blisko - a tak daleko) wraz z transkrypcjami, ale też zaprosił nas wszystkich na kawy, herbaty, gorące czekolady i ciastka!!

      Quite nice. Indeed.

       

      --------------------------------------------------------------

      I MIŚ

      Bo mi przyszła książka z Waterstone'a.


       

      Tydzień ze Stephenem Fry'em? Proszę bardzo!


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zuczek.london
      Czas publikacji:
      środa, 23 stycznia 2013 02:16
  • sobota, 19 stycznia 2013
    • ST London w śniegu

      Początek już znacie: zobaczyłam, że pada śnieg i zapragnęłam pójść na spacer, choć miałam czytać Owidiusza na moje popołudniowe zajęcia. Poprzedniego wieczoru postanowiłam, że rano wstanę, zjem śniadanie i przeczytam wszystkie zadane wiersze. Przez chwilę nawet zamierzałam ten plan zrealizować, jednak pokusa była nieprzezwyciężona (co Maryla czyni, kiedy bierze ją nieprzezwyciężona pokusa?).

      Przeczytałam jeden wiersz, za to długi i po łacinie. Była to elegia 2.4. Można się było z niej dowiedzieć, jaka kobieta może się spodobać podmiotowi lirycznego (w zasadzie każda). Spełniwszy w ten sposób część studenckiego obowiązku, ubrałam się ciepło i wyszłam z domu.

       

      Udałam się do najbliższego metra (stacja Warren Street) i pojechałam na Oxford Circus, a stamtąd do stacji St Paul's. Wiele ulic wokół słynnej katedry nosi religijne nazwy. Mamy tu Ave Maria Lane i Paternoster Square, a także Amen Corner, przy którym mieści się salon fryzjerski:

       

      Tuż obok salonu znajdziemy chrześcijańską księgarnię. Jeszcze parę kroków i ujrzymy katedrę.

       

      ST PAUL'S

       

      Nieco dalej:

       

       

      ST BART'S

       

       

      ST SEPULCHRE

      Nie wiedziałam, co to za kościół, dlatego zrobiłam zdjęcie tabliczce... I patrzcie, co przed chwilą odkryłam!

       


       

      Kapitan John Smith? Słyszałem już o nim niejedno.

       

      I oto spacer po zaśnieżonym Londynie dobiega końca.

       

       

      ST-ARBUCKS

       

      Zastrzelić Indianina: to pomysł nie jest zły (oddala się, nucąc).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „ST London w śniegu”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zuczek.london
      Czas publikacji:
      sobota, 19 stycznia 2013 03:02

Tagi

Kanał informacyjny

Opcje Bloxa